Nie bez przyczyny teren na południowy zachód od Gdańska nazywa się Szwajcarią Kaszubską. Okazuje się, że te tereny to dla rowerzystów-amatorów prawdziwe Alpy. Nie ustępują też w podjazdach i zjazdach wyżynnej Małopolsce. Moja trasa to 56km z Gdańska (Brzeźno) do Linii na Kaszubach. Ciągle pozostaję w okolicach Jezior Potęgowskich.

Kaszebe

Najtrudniejszy etap trasy to przejazd na odcinku Gdańsk-Wrzeszcz aż do lotniska. Na sam odcinek do Banina musiałam poświęcić ok. 1,5h. Nie tylko chodzi tutaj o „górę” do zdobycia – około 130 metrowe przewyższenie. Drugą przeszkodą są kiepsko zaprojektowane ścieżki rowerowe, które przerzucały mnie z prawej na lewą i z lewej na prawą, do tego dość niebezpieczne przejścia dla pieszych i przejazdy rowerowe oraz wkurzające światła, które raz po raz zatrzymują (kto to projektuje?). Nie wspomnę już o tym, że się zgubiłam ze dwa razy i gdyby nie GPS i kompas wbudowany w telefon, niepostrzeżenie wróciłabym do domu… Wybrałam Al. Żołnierzy Wyklętych przechodzącą po pewnym czasie w ul. Słowackiego i dalej prosto do lotniska. Po wyjeździe ze ślimaka skręciłam w Budowlanych i na rondzie pierwsza w prawo – Nowatorów. Kierowałam się na Banino i Miszewo.

 

20160802_135041 20160802_135524

Po tym etapie droga była bardzo przyjazna. Cały czas trzymałam się DK224. Droga raczej płaska, a pojedyncze wzniesienia nie są szczególnie wyczerpujące. No może jedno, podczas którego postanowiłam zrobić krótką przerwę na oddech i łyk soku. To miejsce nie tylko wybrałam ja. Kiedy odwróciłam głowę w prawo, mój wzrok spotkał się ze wzrokiem sarny, która spokojnie przeżuwała kęs trawy. Za chwilę dołączyła do niej druga. Stałyśmy tak przez chwilę, a później każda z nas odskoczyła w swoją stronę.

 

Kolejną, dłuższą przerwę miałam w Pomieczynie. Zupełnie nieplanowaną. Zatrzymał mnie drewniany kościółek (otwarty!), zbudowany w stylu starozakopiańskim (czyli jednak góry). Związany z byłym nazistowskim obozem koncentracyjnym Stutthof. Ponoć nocowali tutaj więźniowie podczas marszu śmierci w 1945 roku.

Wnętrze kościółka mnie zachwyciło. Wszystko drewniane, idealnie dopasowane. Śladowa ilość złota. Prosto i efektownie. Z zewnątrz też raczej skromnie, a ogromną ozdobą jest park otaczający świątynię.

Na drugim końcu wsi znajduje się cmentarz z mogiłą zbiorową osób zamordowanych przez hitlerowców. Nie wiedziałabym o tym, gdyby nie drogowskaz kierujący w to miejsce, a do właściwego miejsca pokierowali mnie sympatyczni mieszkańcy, którzy akurat porządkowali groby.

– Ten?

– Jo pani. Ten.

Trudno mieć jakiekolwiek wątpliwości czy aby na pewno jestem na Kaszubach.

 

 

W Łebnie zjechałam z DK224, w przeciwnym razie trafiłabym do Wejherowa. Przejechałam przez Lewino (gdzie jeszcze kiedyś wrócę, ponieważ w tych okolicach znajdują się kurhany z X-XI wieku, czyli czasów kiedy to jeszcze tych terenów nie sięgnęło chrześcijaństwo). Poprowadzona jest tutaj ponoć ścieżka dydaktyczna, a wstęp jest bezpłatny (nie sprawdziłam, więc nie potwierdzam na 100%).

 

W Gminie Linia mam swój dach nad głową i zaprzyjaźniony nocleg, z którego raz na czas korzystam. Z tego punktu wybrałam powrót SKM z Lęborka do Gdyni. Czekał mnie krótki przejazd 20km: łatwy do pokonania (bo długie, szybkie zjazdy), aczkolwiek asfalt mocno popękany i zakręty nie gwarantują bezpieczeństwa. Po raz pierwszy w życiu przez myśl mi przemknęło, że może ten kask to nie jest taka głupia sprawa… szczególnie przy dużych prędkościach.

Reklamy